Fragmenty do pobrania

Braterstwo puszczy, część I

Rozdział 1

Zacznijmy od tego, że czasami najważniejsze jest to, żeby przynajmniej ujść z życiem.

„No to rzeczywiście, nażyłam się… Kilka tygodni i po wszystkim” – pomyślała maleńka ruda nornica. „Żegnaj najlepszy z możliwych świecie” – dodała, a po jej policzku spłynęła olbrzymia, gorąca łza.

Gdyby mogła z oczu wypuścić ich więcej, może udałoby się jej urządzić coś w rodzaju gorącej kąpieli, ale w tych warunkach pomogłoby to najwyżej przez chwilę. Lodowate zimno przeszywało jej skosmacone futerko, drobne kryształki gradu boleśnie obijały głowę i grzbiet, a potężny wiatr coraz mocniej chłodził i przerażał.

Słońce już dawno zaszło za horyzont. Nastała ciemna, straszna, pozbawiona nadziei noc. Ruda miała wrażenie, że gdy tylko wychyli się zza kłody spróchniałego drzewa, przy którym przycupnęła, wiatr porwie ją i z wielką siłą rzuci nie wiadomo gdzie. Wtedy zapewne zderzy się z jakimś drzewem, skarpą bądź głazem, i… to właśnie będzie jej koniec.

– „Ach…” – pomyślała. „Kto wie, może tak byłoby lepiej…”.

Szybko przepędziła złą myśl. W końcu to, co działo się wokół niej, nie było niczym innym, jak chwilowym, wiosennym, załamaniem pogody.

– „Jutro zapewne wstanie piękny dzień” – pomyślała i zrozumiała, że musi zrobić wszystko, żeby ten piękny dzień wstał również dla niej.

Ruda jeszcze raz przyjrzała się dokładnie skarpie, u podnóża której znajdowały się wejścia do jej norki. Wszystkie były zasypane stertą lodowych kuleczek. Nie było żadnych szans aby je rozgrzebać. Nie przy takim chłodzie i wietrze, który mógł zdmuchnąć ją w jednej chwili.

Nadzieja na przetrwanie wiązała się z dużą jamą, której otwór wyłaniał się kilka metrów na prawo, mniej więcej tam, gdzie skarpa stawała się już sporą górą. Ruda miała nadzieję, że jama jest wystarczająco głęboka i gdzieś tam, na jej końcu, znajdzie odrobinę ciepła. Pozostało wykorzystać sprzyjające warunki, które muszą się przecież pojawić, i jakoś tam dotrzeć.

Ucieszyła się z powrotu nadziei, postanowiła chwycić ją z całych sił i już nie wypuszczać. Teraz miała wrażenie, że nie jest już tak strasznie zimno i upewniła się, że da radę, że jakoś tę nawałnicę przetrwa.

Gdyby tylko wicher przycichł, mogłaby stanąć wyżej na łapkach i powoli przesuwać się wzdłuż kłody. Potem trzeba będzie szybko przeskoczyć za wielki, stary dąb rosnący dosłownie dwa metry przed wejściem do jamy. Stamtąd uda się jej wykonać trzy skoki i dotrzeć do małego świerczka, który właśnie w tej chwili rozpłaszczał się na ziemi przygniatany wiatrem. Ruda zdała sobie sprawę z tego, co stałoby się, gdyby te skoki w kierunku świerczka wykonywała teraz, i przez jej kark przebiegł gorący dreszcz przerażenia.

Nie wiedziała, jak to się stało, że została zupełnie sama. Jeszcze przed kwadransem bawiła się z mamą i rodzeństwem. Biegali po okolicy, grali w chowanego, odnajdywali się, żartowali. Czworo radosnych dzieciaków cieszących się dniem, w którym skończyły się chłody, zza chmur wyszło słońce i rozgrzało puszczę. Aż nagle pociemniało, rozwiał się wicher, zrobiło się zimno i zaczął padać grad.

Dla Rudej był to znak, że wszyscy natychmiast powinni wracać do norki, ale ruszyła w przeciwnym kierunku. Zanim zrozumiała swój błąd, była sama. Nie miała pojęcia, gdzie zniknęła mama i rodzeństwo. Może zdążyli wrócić do norki, zanim zasypał ją grad? Może ukryli się gdzie indziej, a może wpadli w jakieś tarapaty? Najgorsze było to, że nie mogła im pomóc…

Spojrzała w niebo, po którym z przesuwały się ołowiane, gęste chmury. Wyglądały jak wielkie stado wściekłych żubrów tratujących wszystko, co napotykają na swojej drodze. Na srebrzystym tle nieba, oświetlanego przez jaskrawy blask księżyca, chmury stawały się jeszcze straszniejsze i bardziej ponure.

Niewiele myśląc, zrobiła krok do przodu.

„Jeśli sparaliżuje mnie strach, zostanę tu i wyziębię się do końca” – pomyślała. „Nawet kiedy nie widać dobrego rozwiązania, nie wolno przestawać próbować” – mówiła do siebie.

Zrobiła dwa kolejne kroki i poczuła, jak pod wpływem podmuchu skóra na jej grzbiecie niemal odrywa się od ciała. Przywarła do ziemi, ale po kilku sekundach uniosła się i znowu ruszyła. Stąpała bardzo uważnie, krok za krokiem pokonywała przestrzeń dzielącą ją od kryjówki.

Wtedy wichura wydała z siebie kolejny podmuch, który gwałtownie uniósł tylne łapki Rudej i cisnął nią mocno przed siebie. Zwierzątko przekoziołkowało w powietrzu, odbiło się od leżącej kłody drzewa i wpadło w dół.

„Ooo…” – powiedziała do siebie. „Wygląda na to, że straciłam kontrolę nad swoim życiem. Na szczęście tylko przez chwilę”.

Uniosła pyszczek, by rozejrzeć się wokół, i z radością stwierdziła, że frunęła we właściwym kierunku.

„A może by tak jeszcze raz wystawić się na wiatr?” – pomyślała wesoło, ale piekący ból, który odczuwała w prawym boku, podpowiadał, że powinna natychmiast porzucić żarty.

Pierwszy raz w życiu ucieszyła się z tego, że nie jest ptakiem. Przy takiej pogodzie powrót do gniazda znajdującego się gdzieś na wysokim drzewie byłby niemożliwy. Rozmasowała obolałe ciało, a kiedy ból zelżał zdecydowała się wyruszyć w ostatni etap podróży.

„Miejmy nadzieję, że ostatni” – poprawiła się w myślach. – „Raz kozie śmierć” – dodała. – „Powtarzam: kozie, nie nornicy rudej. Wichrze, nie pomyl się, czy widziałeś kiedyś rudą kozę?”

Wydrapanie się z niewielkiego dołu nie stanowiło problemu. Ruda była lekka, zwinna, a nade wszystko miała bardzo silne łapki.

Wydało się jej, że wiatr przycichł, ale było to tylko złudzenie. Wyszła na powierzchnię i puściła się pędem. Prawym okiem zobaczyła duży, wyschnięty liść, który leciał obok i wylądował tuż przed nią. Postanowiła nie zmieniać kierunku biegu i to był jej błąd, a może największe szczęście. Kto wie?

Gdy tylko znalazła się na liściu, ten wzbił się w powietrze i uniósł ją wysoko, a później uniósł ją wysoko.

Ruda zamknęła oczy, a mimo to zobaczyła coś w rodzaju filmu, który przypominał jej całe krótkie życie. Ten dziwny film zaczynał się od końca, czyli od tej jakby ostatniej chwili życia, i biegł w kierunku początku, do dnia w którym urodziła się maleńka, ślepa, bezbronna i pierwszy raz poczuła ciepło mamy.

„To już definitywny koniec” – przemknęło Rudej przez głowę w drugiej sekundzie lotu.

Potem leciała jeszcze dwie, może trzy sekundy, by w końcu klapnąć na czymś szorstkim, miękkim i ciepłym. Chwyciła się tego swoimi wszystkim czterema łapkami i jeszcze mocniej zacisnęła powieki.

„Nawet nie mam zamiaru patrzeć” – pomyślała. „Będę trwać tu, aż do samego końca, aż umrę, aż wiatr mnie wychłodzi, grad zasypie, brak tlenu udusi” – podjęła bohaterską decyzję, z której natychmiast poczuła się dumna.

Nie od razu dotarło do niej to, że w miejscu, w którym się znalazła, wcale nie jest zimno. Zauważyła, że przestało wiać, jest w miarę sucho, spokojnie, a w porównaniu do tego, co działo się jeszcze przed chwilą, jest też dziwnie bezpiecznie. W dodatku to, czego się trzymała, było w miarę przyjemne, ciepłe i niewątpliwie żyło: oddychało, a może nawet mruczało, tak jakby przez sen.

Poza tym było wielkie, nieznane i wyglądało na bardzo niebezpieczne.

Wszystko wskazywało na to, że Ruda niespodziewanie wylądowała na ciele jakiegoś tajemniczego potwora. Zapewne przeraziłaby się tym nie na żarty, ale musiałaby mieć na to przynajmniej odrobinę sił.

Z drugiej strony potwór dawał jej swoje ciepło, promieniował spokojem, i najwyraźniej nie miał zamiaru się budzić. A i Ruda potrzebowała snu, czegoś co zregenerowałoby ją po ostatnich przeżyciach.

„Teraz to jest najważniejsze” – pomyślała. – „Z radzeniem sobie z nowymi niebezpieczeństwami będę musiała poczekać do jutra. Na dziś poprzestańmy na tym, że udało mi się uratować życie”.

Zagrzebała się głębiej w sierść nieznajomego, zwinęła się w kłębek i natychmiast zasnęła.

Śniła się jej ukwiecona łąka pełna pięknych zapachów i barw, zatopiona w ciepłych promieniach majowego słońca.

– Och, jak bardzo chciałabym się w niej zanurzyć aż po same uszy – myślała nie będąc całkiem pewna, czy ta myśl również się jej śni.

Choć może na chwilę wybudziła się, aby powiedzieć to siebie i ponownie głęboko zasnąć, najgłębiej jak tylko się dało.

Marcin Rębacz


Braterstwo puszczy cz. II

Przygoda z wilkami

Rozdział II

Przeszłość, która rzuca swój długi, złowrogi cień

Wielkie oczy szarego wilka otoczone czarnymi, okrągłymi obwódkami, przypominającymi okulary przeciwsłoneczne.

„Okularnik – pomyślał Bary.”

Był pewien, że kiedyś już widział takie obwódki wokół wilczych oczu. Kiedy tylko je spostrzegł, zrozumiał, że lada chwila wszystko sobie dokładnie przypomni. Tymczasem kojarzyły mu się one wyjątkowo paskudnie…

Był środek dnia. Szli leśną dróżką, wychodzącą teraz z rozległego obniżenia terenu. Po obu stronach wyrastały grzbiety wzniesień, upodabniające drogę do maleńkiego wąwozu. Całą okolice porastały olbrzymie świerki. Ich głęboki cień o tej porze przynosił mieszkańcom puszczy osłonę przed słońcem, dając przy tym odrobinę wytchnienia. To dzięki niemu Bary, Jędrek i Ruda mogli iść nie nadwyrężając sił.

Okularnik leżał po prawej stronie wzniesienia, między dwoma świerczkami, na zakręcie. Wylegiwał się, jakby chciał dać do zrozumienia całemu światu, że pochłania go wyłącznie błogie lenistwo. Jednak miejsce, w którym leżał, sugerowało coś zupełnie innego. Było zbyt dobrym punktem obserwacyjnym, aby ktokolwiek mógł wybrać je przypadkowo. Stąd wilk był w stanie dostrzec wszystkich podróżnych na długo przed tym, zanim sam zostałby dostrzeżony.

Widząc przed sobą Barego, Okularnik rozpromienił się w uśmiechu, niedbale sięgnął po gałązkę zielonej mięty, podniósł ją do nozdrzy i kilkukrotnie wciągnął powietrze.

– Oszołamiający zapach – powiedział i jeszcze raz uśmiechnął się szeroko.

Na widok wilka wąchającego gałązkę świeżych ziół Ruda niemal się zakrztusiła.

– No, cię nie mogę – powiedziała, chrząknęła i wbiła w niego swe przenikliwe, ale jednak akceptujące spojrzenie.

– Miło pana widzieć – powiedziała wychylając się ze swojego koszyka.

Do misia szepnęła tylko:

– Prawdziwy dżentelmen, tu w naszej puszczy. Absolutnie niesamowite.

Bary zbył jej słowa milczeniem. Koncentrował się na tym, żeby czym prędzej przypomnieć sobie, gdzie i kiedy spotkał właśnie takie, okolone wielkimi, czarnymi plamami, oczy.

Ruda chciała coś jeszcze dodać, ale nie zdążyła. Wilk wyraźnie zamierzał przeprowadzić rozmowę na swoich zasadach, tak by wydobyć jak najwięcej informacji od trójki przyjaciół.

– Piękny dzień – zaczął ponownie. – Idealny na spacer, może nawet na dalszą podróż…

– O, tak – wyrwała się Ruda – to prawda! Idealny dzień na dalszą podróż, nawet na taką naprawdę długą.

Bary chrząknął. Nie miał w zwyczaju opowiadać na prawo i lewo o swoich planach i nie uważał, żeby było to rozsądne, ale Ruda kontynuowała.

– Idziemy i idziemy, końca nie widać, od tego siedzenia w koszyku aż mnie rozbolały łapki. Mieliśmy czasami odpoczywać – czy przypadkiem nie jest to już najwyższy czas?!

Bary przemilczał zaczepkę Rudej. Jednocześnie kątem oka dostrzegł, że Jędrek cofnął się o kilka kroków i skręcił w maleńką ścieżkę, którą dyskretnie wdrapał się na grzbiet skarpy. Osłonięty wysokimi krzakami dzikiej róży wylegiwał się tam wilk.

„Młody nie traci czasu” – pomyślał niedźwiedź z satysfakcją.

Tymczasem wilk zajmował się robieniem dobrego wrażenia na Rudej:

– Och, wypoczynek? Doprawdy? W tak piękną pogodę, gdy bez wysiłku można pokonać naprawdę solidny kawał drogi? Nie pada, nie wieje, drzewa obdarowują nas swoim cieniem… Nie, gdybym to ja był w podróży, nie traciłbym czasu. Uniósł lekko nozdrza, wziął trzy szybkie wdechy i dodał:

– Tym bardziej że jutro pogoda ma się zdecydowanie zmienić. Będzie lało, będą biły pioruny. To właśnie wtedy przycupniecie w spokojniejszym miejscu i pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek – dodał.

Bary słuchał Okularnika z narastającym rozbawieniem. Gdyby jutro rzeczywiście miało nastąpić jakieś załamanie pogody, to kto jak kto, ale on wiedziałby o tym od dawna. Jego stare kości i mięśnie mrowiłyby i drętwiały od samego rana.

„Wygląda na to, że nasz świeżo poznany znajomy wyraźnie ma interes w tym, żebyśmy możliwie najszybciej znaleźli się daleko od miejsca, w którym on prowadzi swoje podejrzane obserwacje” – pomyślał Bary i niemal w tej samej chwili zrozumiał wszystko.

Stary, to oczywiste! Ten Okularnik kojarzył mu się ze Starym. Nawet nie te czarne okulary, choć Stary rzeczywiście miał identyczne. Ale ta umiejętność łgania na zawołanie, w żywe oczy, w tak ujmującym stylu i z takim wdziękiem! A w dodatku ta maleńka plamka sierści na samym środku czoła, która zawsze marszczyła się, kiedy kłamał. Dokładnie tak samo było u Starego, i Bary rozszyfrował to już dawno temu, kiedy Stary był jeszcze młodym wilkiem, noszącym wtedy to zupełnie niepasujące, bo niezgodne z jego wiekiem, imię.

Teraz przyglądał się Okularnikowi i zastanawiał się, czy jest on synem czy raczej wnukiem Starego. Okularnik był młody, a to sugerowało, że raczej jest jego wnukiem. Jednak skoro odziedziczył po tamtym aż tyle cech, fakt ten dla Barego nie stanowił żadnego pocieszenia.

Stary był postrachem całej puszczy. Wszędzie tam, gdzie się pojawiał z bandą równie podejrzanych jak on typków, zawsze działo się coś dramatycznego. Przed kilkunastu laty zniknął jednak z okolicy, więc wszyscy odetchnęli z ulgą, licząc na to, że nigdy więcej już się nie pojawi. Tymczasem spotkanie wskazywało na to, że wrócił w swoim kolejnym – drugim, a pewnie nawet trzecim, wcieleniu.

Bary rozumiał, że Okularnika najlepiej będzie ominąć bez słowa, uspokoić go udając, że się znika z jego otoczenia. Potem można by zastanowić się, co robić dalej.

Uśmiechnął się do wilka, a do Rudej rzucił:

– Tak. Nasz przyjaciel ma całkowitą rację. Marnowanie czasu na wypoczynek w taką pogodę byłoby nieodpowiedzialne. Pamiętaj, że chcemy jeszcze dziś dojść do Koźlego Kątka.

Ruda, pierwszy raz słysząc tę nazwę, tylko skrzywiła pyszczek.

Natomiast Okularnik nie ukrywał entuzjazmu.

– Oho – zawołał z entuzjazmem – dojść do Koźlego Kątka! Naprawdę kawał drogi! To nie wycieczka dla niedzielnych spacerowiczów, to plan godny najlepszych, najwytrwalszych podróżników! Nie wiem, sam nie wiem, czy dacie radę, ale życzę powodzenia i nie zatrzymuję. Nie zatrzymuję już nawet na minutę – powiedział i cofnął się lekko, jakby chciał dać Baremu do zrozumienia, że ustępuje mu miejsca, aby ten mógł ruszyć natychmiast.

– Dziękuję – powiedział Bary i powoli, jak gdyby nigdy nic, ominął Okularnika.

Szedł nie oglądając się za siebie, mimo że dłuższą chwilę czuł na swoich plecach wzrok wilka. Rozumiał, że nie powinien zatrzymywać się zbyt wcześnie, z obawy że Okularnik mógłby pofatygować się, by ruszyć za nimi osobiście lub też posłać na zwiady któregoś ze swoich psiaków. Kto wie?

Za jednym z zakrętów dołączył do nich Jędrek.

– Wygląda na to, że nikt nas nie śledzi – powiedział.

Bary uśmiechnął się do liska z akceptacją.

– A poza tym – zapytał – wszystko się zgadza?

– No, wiesz – odparł lisek – jeśli ktoś pozuje na wielbiciela ziół, a tuż obok, w krzakach, trzyma niedojedzony udziec jelenia, to chyba nie wszystko się zgadza.

Bary potakująco kiwnął głową, a Ruda wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.

– A może jednak, może jednak… – próbowała wypowiedzieć jakąś myśl, ale, zrozumiawszy, że chwilowo nie jest w stanie, zamilkła.